Fʞ Fiesta Kulturalna nie zapomina o ojcach i sięga do
głębokich zakamarków swoich archiwaliów, wydobywając kilka ilustracji z życia
pewnego ojca Zygmunta. Bez laurek, cukrowania i innych miodowań, ale z empatią
i ciepłem wspomnień płynących ze starej, miejscami zniszczonej patyną czasu fotografii.
Ojciec Zygmunt nie będzie miał nic przeciw, kiedy potoczymy opowieść o jego
różnych losach, wyborach, zaniechaniach, wydobędziemy zasnutą mgłą zapomnienia
historię jego niezmiernie udanego i długiego (60 lat, to nie w kij dmuchał!) małżeństwa,
trójki progenitury oraz licznych wnuków oraz dalszych, nadal rodzących się
kolejnych pokoleń. Wszystko po to, by Zygmunta na chwilę obudzić i przywołać na
jego obliczu, tak zawsze oczekiwany uśmiech, dodać mu energii wspomnień tych,
których lubił, do których lgnął, przytulał i którzy kochali również jego. Także
w imieniu innych, którzy blasków i cieni ojcostwa zaznali i zasługują na chwilę
o nich i ich losach. Niech Dzień Ojca trwa tyle, ile komu potrzeba, a nasza
stąd obecność i pomoc!

Dęblin. Lokalna uroczystość wspólnoty kolejarskiej na
początku lat 30. ubiegłego wieku. Jest niewielki poczęstunek, do tańców
przygrywa miejscowy akordeonista, wszyscy zgrupowali się do wspólnego,
pamiątkowego zdjęcia. Są miejscowi notable, wojskowi, policjanci - wiadomo brać
kolejarska dba o dobre relacje z innymi środowiskami. Zygmunt ma tu 22 lata,
wychyla się zza ponętnej brunetki w drugim rzędzie od góry po prawej. Od
kilkunastu miesięcy pracuje w dęblińskiej parowozowni. Jeszcze nie zdaje sobie
sprawy, że zwiąże się z kolejami żelaznymi na całe życie, nawet to, które
przyjdzie mu wieść na przymusowych robotach w Essen (Zagłębie Ruhry), w
Niemieckiej Rzeszy (1942 - 1945).

Trzej chłopcy plus trzy dziewczyny u radomskiego
fotografa upamiętniają sobie swoje wizerunki wraz z drewnianym pniem.(swoją
drogą bardzo zgrabnie zaaranżowana kompozycja, będąca wyrazem trafnego podejścia rzemieślnika do klientów
jego zakładu fotograficznego). Jest 1928 rok. Zygmunt kończy właśnie szkołę
zawodową w Dęblinie. Za czas jakiś zacznie pracę w kolejowej parowozowni w
swoim rodzinnym mieście. Na razie cieszy się z wolnego czasu, braku zmartwień
oraz z towarzystwa miejscowych koleżanek i kolegów.

Spacer wraz z siostrą Danutą po uliczkach niedużego
Dęblina. Jest 1931 rok, a Zygmunt ma 24 lata. Jest mechanikiem i pracuje w
Polskich Kolejach Państwowych, w dęblińskiej (dość duży węzeł kolejowy)
parowozowni. Zajmuje się konserwacją i naprawami taboru kolejowego. Brudna
robota, ale dobrze płatna i w końcu ktoś to musi robić. Za sześć lat podczas
zakupów w przydworcowym kiosku z prasą i trafice zapozna młodziutką, 18-letnią sprzedawczynię
z kieleckiego o imieniu Natalia. Zadurzą się oboje w sobie, a po paru
miesiącach i wizycie u jej rodziców postanowią się pobrać. Będą dalsze
konsekwencje tego kroku.

Czternastu facetów z dęblińskiej i radomskiej
społeczności kolejowej na pikniku na Wieprzem, w pobliżu jego ujścia do Wisły,
tuż koło Dęblina. Zygmunt ma 29 lat i jest 1936 rok. To rok śmierci Naczelnika Państwa
marszałka Józefa Piłsudskiego, którego miejscowi robotnicy - choć to środowisko
mocno lewicujące i progresywnie nastawione - szanują i poważają. Sanacja utrzyma władzę w
kraju, ale po odejściu marszałka nastroje wśród robotników pogorszą się. Mimo że
nadejdą trudne czasy zaciskania pasa, atmosfera społeczna w Polsce będzie
nabrzmiewać, a dodatkowo z zachodu od Niemiec nadciągną wojenne chmury, ale
Zygmunt postanowi założyć rodzinę i niebawem, za dwa lata pojawi się na świecie
Lidia, jego pierwsze dziecko.

Ponownie kolejarska brać (ta, bardziej z biurami niż fizyczną pracą związana), ale czasy są powojenne. Lublin, rok 1947. Rok wcześniej Zygmunt dostał awans na pracownika biurowego w okręgu lubelskim PKP oraz przydział na pokój z kuchnią wraz z dostępem do toalety w lokalu przy ulicy Wyszyńskiego w centrum miasta (tuż obok pod numerem 14 mieściła się Dyrekcja Okręgu, więc do pracy miał dwa kroki!). Złożyło się doskonale, bo właśnie mija rok od narodzin jego drugiego dziecka, synka Leonarda i nowe, choć nieco przyciasne lokum bardzo się rodzinie (teraz to cztery osoby, bo przecież jest od przedwojnia 9-letnia Lidzia) przyda. No i przeprowadzka do dużego - jakby nie było - miasta, po okresie pomieszkiwania kątem u teściów w niewielkiej wiosce Górki, pomiędzy Odrowążem a Bliżynem, nad rzeką Kamienną.

Na
trasie już wyasfaltowanej szosy Skarżysko Kamienna – Końskie, tuż obok wioski
Mroczków z kościółkiem, plebanią i cmentarzem przysiadły Górki, wieś z parunastoma
zabudowaniami, a wśród nich drewniany, z pozyskanych od kolei żelaznej bali,
domek posadowiony przez Józefa Chałubińskiego (byłego ślusarza, wioskową „złotą
rączkę”, a nawet samozwańczego felczero- stomatologa), teścia Zygmunta. Na jego
tle stoi nasz protagonista, zaznając kanikuły i odpoczynku. Jest 1964 rok. Obok
jest mnóstwo zieleni, las, szemra rzeka Kamienna, od czasu do czasu słychać gwizd
lokomotyw od przejeżdżających składów pociągów towarowych, także pasażerskich
(to linia do Koluszek i dalej do Łodzi). Rodzina Zygmunta od lat przybywa tu na
wakacje: Lidia przecież tu się urodziła i wychowała, jej brat Leonard też u
dziadków bywa, aż za rok odrzuci ten wakacyjny przymus słowami o wylewającej mu
się uszami zalewajce – często tu przez mamę Natalię na posiłek obiedni przyrządzanej
zupie – i wraz z przyjaciółmi i bez kogokolwiek z rodziny wyruszy w kraj!
Zygmunt za to, nadal część urlopu spędza z żoną w Górkach, gdzie jest tu także najmłodszy
syn Witold oraz wnuki: 6-letni Zdzisław i czteroletnia Marysia.

Rok
1960. Ojciec przyprowadził najmłodszego syna do miejsca swojej pracy, obydwaj usiedli
i ktoś, kogo niestety nie znamy, zrobił fotografię. To miejsce nowo posadowionego
gmachu Okręgowej Dyrekcji PKP w Lublinie, przy ulicy Okopowej. Tam pracuje
Zygmunt. Kieruje mocno sfeminizowanym biurem rachunkowości. Pełno w nim maszyn
rachujących, pierwocin kalkulatorów, ale nadal używa się zwykłych liczydeł.
Biuro jest podzielone na boksy, prawie same kobiety, praca wre. Słychać też
szepty, czasami śmiechy co młodszych pracownic. Chyba ojca lubiły, bo był w
gruncie rzeczy łagodnym, dobrotliwym mężczyzną, ale zawsze kierownik to jednak szef
i warto mieć z nim dobre relacje, stąd brak głośniejszych rozmów, tylko stuk
maszyn do pisania i turkot korbek urządzeń liczących. Na tym samym poziomie
była biblioteka i tam potwierdziły się skłonności małego Witka do literatury,
do której nie bronili dostępu dwaj uroczy starsi bibliotekarze-kolejarze, w
przeciwieństwie do ponurej starej cerberki ze szkolnej biblioteki (z nie raz powtarzaną, odstręczającą frazą: na
tą lekturę masz jeszcze czas!) przy szkole podstawowej nr 24 przy ulicy
Sławińskiego (obecnie Niecała)!

Święto Pracy w 1971 roku. Coroczna przymusowa manifestacja,
z przemarszem główną ulicą miasta. W rękach sztandary, szturmówki, plakaty o
triumfie socjalizmu, braterstwie narodów i klasy robotniczej miast i wsi pod
każdą szerokością geograficzną świata. Zygmunt ma na sobie obowiązkowy mundur
kolejarski z gabardyny, a w ręku sztandar przewodni Dyrekcji Okręgowej z
Lublina. Bierze udział w rytuale pochodowym na 1. Maja, bo jest nad wyraz obowiązkowym,
zdyscyplinowanym do nudy pracownikiem i nie wyobrażałby sobie buntować się
przeciw władzy i zwierzchnikom, zwłaszcza, że jest jedynym żywicielem rodziny.
Taki był i basta! Ale jednocześnie jeszcze rano słuchał wiadomości po polsku z Voice
of America na falach krótkich, bo przecież Radio Wolna Europa jest zagłuszane
tak, że nie idzie go odsłuchać, a wiedzieć, co się dzieje trzeba, bo to kolejny,
drugi już rok gierkowskiej propagandy odnowy i powoli też sukcesu, po
grudniowym społecznym załamaniu w Polsce, strajkach na wybrzeżu, masakrze w Gdańsku,
Gdyni i Szczecinie, zmianach na szczytach władzy i odejściu Gomułki.
O ten dostęp do radioodbiornika spierają i wadzą się z najmłodszym synem, bo
córka już dawno na swoim, a i średni wyprowadził się z rodzinnego domu pod „dwunastką”
jakieś cztery lata temu, zaraz po tym jak się pobrali z Jolantą (z tej samej również
ulicy, tyle że spod „10”) i urodził im się Artur. Spór idzie o godziny audycji
muzycznych w Radio Luxembourg 208 lub Rozgłośni Harcerskiej, równoczesne z porą
nadawania wiadomości z polskiej sekcji Radia BBC, ale to tylko delikatne pochmurnienia,
docinki, letnie żarty, za każdym razem któryś inny z nich rezygnuje z
forsowania własnej woli, bo lubią się nawzajem i krzywdy ani obrazy nie będzie.
Wkrótce, bo za cztery lata odejdzie z PKP na emeryturę, ale po rocznej przerwie
spędzonej na lekturze technicznej literatury, spacerach i spotkaniach z
kolegami, do roboty powróci, tyle tylko, że nie będzie pracował dla kolei lecz tak
jakby przeciw niej, bo dla firmy pośredniczącej w reklamacjach nieterminowych dostaw klientów PKP w stosunku
do niej samej. Będzie w tej robocie nieoceniony, bo znając kolej żelazną od
podszewki, wiedział jakie są jej przewiny i jak ją rozliczać, więc dla poszkodowanych
„cywilnych” przedstawicieli działał z rozmachem, a swoją starą firmę - w
majestacie prawa i przepisów ma się rozumieć - łoił ile wlezie, nie powstrzymując
się ani na jotę! Samo pięknie nas zaskakujące życie! – Witek Rusin