czwartek, 30 czerwca 2022

"Harfistka w ogrodzie" na błoniach Perły

 

    Ten kto ceni muzykę w akustycznych skojarzeniach pojawiających się podczas koncertu odnajduje przyjemność graniczącą z uniesieniem, zwłaszcza gdy w asocjacjach znajdą się frazy, nuty czy pojedyncze dźwięki wcześniej dobrze zapoznane i ulubione. Nie inaczej było podczas występu harfistki z Poznania Anny Ciszyńskiej (Harfistka w ogrodzie) na zielonych terenach obok browaru Perła, koncertu w ramach cyklu „Miasto słucha” zorganizowanego  przez Fundację Krajobrazy oraz „Perłę” - Browary Lubelskie S.A.


    W repertuarze odważnie zaprezentowanym przez harfistkę znalazły się klasyczne oraz współczesne kompozycje, te specjalnie przeznaczone dla harfy jak i z głównego nurtu muzyki kameralnej.
Zabrzmiały między innymi: Carlos Salzedo – Pieśń nocy, Samuel Pratt – Mała fontanna,  Marcel Tournier – Dwa obrazy, U progu świątyni , Bernard Andres – Pistacje, Maximilian Stadler , Spanish Masters – Pavana i romance plus inne kompozycje.
Utwory przedstawiły szeroką paletę możliwości barwowych harfy. Wiele z nich zostało skomponowanych przez kompozytorów – harfistów. Dzięki ich znajomości instrumentu mogliśmy podziwiać wiele odcieni muzyki, spostrzec ciekawe techniki wykonawcze oraz wsłuchać się całkowicie w kompozycje i oddać atmosferze utworów.


    W finałowej części występu Anna Ciszyńska równie porywająco zinterpretowała transpozycje na harfę z XX-wiecznej muzyki  rozrywkowej i jazzowej, w tym kompozycje twórcy musicali Cole’a Portera oraz innego amerykańskiego kompozytora muzyki musicalowej i filmowej George’a Gershwina: tematy z Amerykanina w Paryżu, Błękitnej Rapsodii  plus finezyjnie, z ekspresją oraz fascynująco zagrała i zaśpiewała jego „Summertime” - arię z opery „Porgy and Bess” ze słowami DuBose'a Heywarda.
Pięknie, uroczo z oklaskami na stojąco! – Witek Rusin























czwartek, 23 czerwca 2022

Dzień Ojca Zygmunta

 

    Fʞ Fiesta Kulturalna nie zapomina o ojcach i sięga do głębokich zakamarków swoich archiwaliów, wydobywając kilka ilustracji z życia pewnego ojca Zygmunta. Bez laurek, cukrowania i innych miodowań, ale z empatią i ciepłem wspomnień płynących ze starej, miejscami zniszczonej patyną czasu fotografii. Ojciec Zygmunt nie będzie miał nic przeciw, kiedy potoczymy opowieść o jego różnych losach, wyborach, zaniechaniach, wydobędziemy zasnutą mgłą zapomnienia historię jego niezmiernie udanego i długiego (60 lat, to nie w kij dmuchał!) małżeństwa, trójki progenitury oraz licznych wnuków oraz dalszych, nadal rodzących się kolejnych pokoleń. Wszystko po to, by Zygmunta na chwilę obudzić i przywołać na jego obliczu, tak zawsze oczekiwany uśmiech, dodać mu energii wspomnień tych, których lubił, do których lgnął, przytulał i którzy kochali również jego. Także w imieniu innych, którzy blasków i cieni ojcostwa zaznali i zasługują na chwilę o nich i ich losach. Niech Dzień Ojca trwa tyle, ile komu potrzeba, a nasza stąd obecność i pomoc!


    Dęblin. Lokalna uroczystość wspólnoty kolejarskiej na początku lat 30. ubiegłego wieku. Jest niewielki poczęstunek, do tańców przygrywa miejscowy akordeonista, wszyscy zgrupowali się do wspólnego, pamiątkowego zdjęcia. Są miejscowi notable, wojskowi, policjanci - wiadomo brać kolejarska dba o dobre relacje z innymi środowiskami. Zygmunt ma tu 22 lata, wychyla się zza ponętnej brunetki w drugim rzędzie od góry po prawej. Od kilkunastu miesięcy pracuje w dęblińskiej parowozowni. Jeszcze nie zdaje sobie sprawy, że zwiąże się z kolejami żelaznymi na całe życie, nawet to, które przyjdzie mu wieść na przymusowych robotach w Essen (Zagłębie Ruhry), w Niemieckiej Rzeszy (1942 - 1945).


    Trzej chłopcy plus trzy dziewczyny u radomskiego fotografa upamiętniają sobie swoje wizerunki wraz z drewnianym pniem.(swoją drogą bardzo zgrabnie zaaranżowana kompozycja, będąca wyrazem  trafnego podejścia rzemieślnika do klientów jego zakładu fotograficznego). Jest 1928 rok. Zygmunt kończy właśnie szkołę zawodową w Dęblinie. Za czas jakiś zacznie pracę w kolejowej parowozowni w swoim rodzinnym mieście. Na razie cieszy się z wolnego czasu, braku zmartwień oraz z towarzystwa miejscowych koleżanek i kolegów.

 

 

    Spacer wraz z siostrą Danutą po uliczkach niedużego Dęblina. Jest 1931 rok, a Zygmunt ma 24 lata. Jest mechanikiem i pracuje w Polskich Kolejach Państwowych, w dęblińskiej (dość duży węzeł kolejowy) parowozowni. Zajmuje się konserwacją i naprawami taboru kolejowego. Brudna robota, ale dobrze płatna i w końcu ktoś to musi robić. Za sześć lat podczas zakupów w przydworcowym kiosku z prasą i trafice zapozna młodziutką, 18-letnią sprzedawczynię z kieleckiego o imieniu Natalia. Zadurzą się oboje w sobie, a po paru miesiącach i wizycie u jej rodziców postanowią się pobrać. Będą dalsze konsekwencje tego kroku.

 

    Czternastu facetów z dęblińskiej i radomskiej społeczności kolejowej na pikniku na Wieprzem, w pobliżu jego ujścia do Wisły, tuż koło Dęblina. Zygmunt ma 29 lat i jest 1936 rok. To rok śmierci Naczelnika Państwa marszałka Józefa Piłsudskiego, którego miejscowi robotnicy - choć to środowisko mocno lewicujące i progresywnie nastawione -  szanują i poważają. Sanacja utrzyma władzę w kraju, ale po odejściu marszałka nastroje wśród robotników pogorszą się. Mimo że nadejdą trudne czasy zaciskania pasa, atmosfera społeczna w Polsce będzie nabrzmiewać, a dodatkowo z zachodu od Niemiec nadciągną wojenne chmury, ale Zygmunt postanowi założyć rodzinę i niebawem, za dwa lata pojawi się na świecie Lidia, jego pierwsze dziecko.


    Ponownie kolejarska brać (ta, bardziej z biurami niż fizyczną pracą związana), ale czasy są powojenne. Lublin, rok 1947. Rok wcześniej Zygmunt dostał awans na pracownika biurowego w okręgu lubelskim PKP oraz przydział na pokój z kuchnią wraz z dostępem do toalety w lokalu przy ulicy Wyszyńskiego w centrum miasta (tuż obok pod numerem 14 mieściła się Dyrekcja Okręgu, więc do pracy miał dwa kroki!). Złożyło się doskonale, bo właśnie mija rok od narodzin jego drugiego dziecka, synka Leonarda i nowe, choć nieco przyciasne lokum bardzo się rodzinie (teraz to cztery osoby, bo przecież jest od przedwojnia 9-letnia Lidzia) przyda. No i przeprowadzka do dużego - jakby nie było - miasta, po okresie pomieszkiwania kątem u teściów w niewielkiej wiosce Górki, pomiędzy Odrowążem a Bliżynem, nad rzeką Kamienną.


    Na trasie już wyasfaltowanej szosy Skarżysko Kamienna – Końskie, tuż obok wioski Mroczków z kościółkiem, plebanią i cmentarzem przysiadły Górki, wieś z parunastoma zabudowaniami, a wśród nich drewniany, z pozyskanych od kolei żelaznej bali, domek posadowiony przez Józefa Chałubińskiego (byłego ślusarza, wioskową „złotą rączkę”, a nawet samozwańczego felczero- stomatologa), teścia Zygmunta. Na jego tle stoi nasz protagonista, zaznając kanikuły i odpoczynku. Jest 1964 rok. Obok jest mnóstwo zieleni, las, szemra rzeka Kamienna, od czasu do czasu słychać gwizd lokomotyw od przejeżdżających składów pociągów towarowych, także pasażerskich (to linia do Koluszek i dalej do Łodzi). Rodzina Zygmunta od lat przybywa tu na wakacje: Lidia przecież tu się urodziła i wychowała, jej brat Leonard też u dziadków bywa, aż za rok odrzuci ten wakacyjny przymus słowami o wylewającej mu się uszami zalewajce – często tu przez mamę Natalię na posiłek obiedni przyrządzanej zupie – i wraz z przyjaciółmi i bez kogokolwiek z rodziny wyruszy w kraj! Zygmunt za to, nadal część urlopu spędza z żoną w Górkach, gdzie jest tu także najmłodszy syn Witold oraz wnuki: 6-letni Zdzisław i czteroletnia Marysia.


    Rok 1960. Ojciec przyprowadził najmłodszego syna do miejsca swojej pracy, obydwaj usiedli i ktoś, kogo niestety nie znamy, zrobił fotografię. To miejsce nowo posadowionego gmachu Okręgowej Dyrekcji PKP w Lublinie, przy ulicy Okopowej. Tam pracuje Zygmunt. Kieruje mocno sfeminizowanym biurem rachunkowości. Pełno w nim maszyn rachujących, pierwocin kalkulatorów, ale nadal używa się zwykłych liczydeł. Biuro jest podzielone na boksy, prawie same kobiety, praca wre. Słychać też szepty, czasami śmiechy co młodszych pracownic. Chyba ojca lubiły, bo był w gruncie rzeczy łagodnym, dobrotliwym mężczyzną, ale zawsze kierownik to jednak szef i warto mieć z nim dobre relacje, stąd brak głośniejszych rozmów, tylko stuk maszyn do pisania i turkot korbek urządzeń liczących. Na tym samym poziomie była biblioteka i tam potwierdziły się skłonności małego Witka do literatury, do której nie bronili dostępu dwaj uroczy starsi bibliotekarze-kolejarze, w przeciwieństwie do ponurej starej cerberki ze szkolnej biblioteki  (z nie raz powtarzaną, odstręczającą frazą: na tą lekturę masz jeszcze czas!) przy szkole podstawowej nr 24 przy ulicy Sławińskiego (obecnie Niecała)!


    Święto Pracy w 1971 roku. Coroczna przymusowa manifestacja, z przemarszem główną ulicą miasta. W rękach sztandary, szturmówki, plakaty o triumfie socjalizmu, braterstwie narodów i klasy robotniczej miast i wsi pod każdą szerokością geograficzną świata. Zygmunt ma na sobie obowiązkowy mundur kolejarski z gabardyny, a w ręku sztandar przewodni Dyrekcji Okręgowej z Lublina. Bierze udział w rytuale pochodowym na  1. Maja, bo jest nad wyraz obowiązkowym, zdyscyplinowanym do nudy pracownikiem i nie wyobrażałby sobie buntować się przeciw władzy i zwierzchnikom, zwłaszcza, że jest jedynym żywicielem rodziny. Taki był i basta! Ale jednocześnie jeszcze rano słuchał wiadomości po polsku z Voice of America na falach krótkich, bo przecież Radio Wolna Europa jest zagłuszane tak, że nie idzie go odsłuchać, a wiedzieć, co się dzieje trzeba, bo to kolejny, drugi już rok gierkowskiej propagandy odnowy i powoli też sukcesu, po grudniowym społecznym załamaniu w Polsce, strajkach na wybrzeżu, masakrze w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie, zmianach na szczytach władzy i odejściu Gomułki.
O ten dostęp do radioodbiornika spierają i wadzą się z najmłodszym synem, bo córka już dawno na swoim, a i średni wyprowadził się z rodzinnego domu pod „dwunastką” jakieś cztery lata temu, zaraz po tym jak się pobrali z Jolantą (z tej samej również ulicy, tyle że spod „10”) i urodził im się Artur. Spór idzie o godziny audycji muzycznych w Radio Luxembourg 208 lub Rozgłośni Harcerskiej, równoczesne z porą nadawania wiadomości z polskiej sekcji Radia BBC, ale to tylko delikatne pochmurnienia, docinki, letnie żarty, za każdym razem któryś inny z nich rezygnuje z forsowania własnej woli, bo lubią się nawzajem i krzywdy ani obrazy nie będzie.
Wkrótce, bo za cztery lata odejdzie z PKP na emeryturę, ale po rocznej przerwie spędzonej na lekturze technicznej literatury, spacerach i spotkaniach z kolegami, do roboty powróci, tyle tylko, że nie będzie pracował dla kolei lecz tak jakby przeciw niej, bo dla firmy pośredniczącej w reklamacjach  nieterminowych dostaw klientów PKP w stosunku do niej samej. Będzie w tej robocie nieoceniony, bo znając kolej żelazną od podszewki, wiedział jakie są jej przewiny i jak ją rozliczać, więc dla poszkodowanych „cywilnych” przedstawicieli działał z rozmachem, a swoją starą firmę - w majestacie prawa i przepisów ma się rozumieć - łoił ile wlezie, nie powstrzymując się ani na jotę! Samo pięknie nas zaskakujące życie! – Witek Rusin


Ankh w Budce Radia Lublin

 

    Kielce przyjechały do Lublina i zagrały oraz zaśpiewały w Budce koncertowej Radia Lublin w postaci zespołu Ankh (piątek, 17 czerwca 2022 r.) -  o trzydziestoletniej tradycji klasyka progresywnej sceny rockowej w Polsce. Frekwencyjnego szału nie było, ale ci, co się zjawili w piątkowy wieczór w radiowej sali koncertowej nie powinni byli być zawiedzeni poziomem wykonawczym i przepływającymi przez przestrzeń emocjami wywołanymi znanym, ale też i zupełnie nowym repertuarem grupy.
Dostaliśmy solidną porcję gitarowego, rockowego grania od frontmana Piotra Krzemińskiego (plus wokalizy) oraz wtórującego mu obok Michałowi Pastuszce (obsługującemu także instrumentarium klawiszowe), opakowaną dodatkowo - miejscami dynamizując, a czasami tonizując rozwój akcji akustycznej - w wiolinowe frazy w wykonaniu Joanny Chudyby (sam Don „Sugarcane” Harris by się nie powstydził!).
Nad utrzymaniem całości w ryzach i temporalnym, rytmicznym reżimie w duecie czuwali: Krzysztof Szmidt na basie oraz Janek Rusin za bębnami. Było energetycznie satysfakcjonujące przez półtorej godziny kołysać się wraz z oryginalnymi rytmami płynącymi z muzyki kielczan, bo to świadczy o ich twórczym traktowaniu materii dźwiękowej, ale jednocześnie, gdy w finałowych momentach przez chwilę zabrzmieli jak duet gitarowy: Andy Powell i Ted Turner z legendarnego Wishbone Ash, to wydało się to ekstra porcją miodu na serca i głowy fanów rzewnego grania z lat 60. i 70. 

Brawo Ankh! – Witek Rusin






























Podejrzana

                           Podejrzana /Heojil kyolshim, Chan-wook Park, 2022, kryminał,dramat, thriller, romans, horror, Korea Południowa, ...