- Przepraszam pana, gdzie jest ulica Długa?
- Pójdzie pani prosto, tym bulwarem... - tak zaczyna się filmowa opowieść o znajomości
Jacka i Margueritte. Spotykają się po raz pierwszy na nabrzeżu Motławy,
przy Targu Rybnym. Jacek wpatruje się w błyski wody na rzece i płynący w kierunku Żurawia statek. Za plecami Margueritte widać szyld
restauracji i zarysy gdańskiej starówki.
Jacek (Zbigniew Cybulski), plastyk
i reżyser teatrzyku amatorskiego poznaje Margueritte (
Teresa
Tuszyńska), córkę francuskiego konsula w Gdańsku i bez zbędnych oporów
zakochuje się w nastolatce. Ona, młodziutka, zafascynowana miastem i
polska kulturą, nie przywiązuje wagi do stałych uczuć - jest na wakacjach i za
chwilę wyjedzie do swojego domu za granicę. Dlatego zwodzi i kokietuje Jacka na
przemian, będąc przejazdem w mieście nie odwzajemnia jego afektu, nie jest
gotowa na stały związek, ale imponują jej zabiegi chłopaka - artysty - wokół jej
osoby. Przyciąga go, więc, ale zarazem czarując i prowadzając z innymi – prowokuje
i odpycha. Spędzają tak ze sobą dość dużo czasu, leniwie spacerując po zaułkach
gdańskiego Starego Miasta. Zaglądają do klubów studenckich i teatrzyków.
Margueritte chłonie emocjonalne poruszenie i twórcze ożywienie wśród polskiej
młodzieży.
Będą w ten sposób
prekursorami nowego stylu bycia w europejskiej sztuce filmowej, znanego już
wcześniej i nazwanego
flaneurowaniem*, pojęciem ukutym przez socjologa kultury
Waltera Benjamina, w ślad za Charles'em Baudelaire'em. W filmie
towarzyszymy polsko-francuskiej parze „flaneurów” swobodnie oddających się
przyjemnościom bezcelowego spaceru po mieście i czerpiących naturalną radość w
przestawaniu z wytworami kultury i sztuki. W tle gdańskie staromiejskie zaułki, uliczki, kamienice,
obok bogate w wydarzenia życie studenckiej młodzieży, próby do spektakli i
występy teatru rąk „Co To” oraz studenckiego Bim Bom. Nie sposób nie dostrzec
młodych twarzy przyszłych znanych aktorów (
Władysław
Kowalski,
Adam Pawlikowski),
reżyserów (
Roman
Polański), muzyków (
Krzysztof Komeda),
pieśniarzy (
Tadeusz
Chyła) czy satyryków (
Jacek Fedorowicz).
Pomysł
na fabularny debiut Janusza Morgensterna (był
drugim reżyserem) w postaci historii o polskiej
młodzieży zrodził się w trakcie jego współpracy z Andrzejem Wajdą podczas kręcenia „Popiołu i diamentu”, a skonkretyzowany
został przez Zbigniewa Cybulskiego i
Bogumiła Kobielę, którzy wspólnie napisali, - zamówiony
zresztą przez reżysera - scenariusz romantycznej opowieści o niedoszłej
miłości pomiędzy młodym studentem z Gdańska, a piękną, nastoletnią Francuzką - córką
dyplomaty - spędzającą wakacje na polskim Wybrzeżu. Gdy do scenarzystów-aktorów
dołączył pisarz, Wilhelm Mach (jako opiekun literacki), produkcja filmu w Zespole
Filmowym „Kadr” mogła się ziścić.
"Marzenie,
które stanowi motor działania", mówił Cybulski. Motto to przyświecało jemu, a
także Kobieli, autorom scenariusza, bo jako blisko związanym swojego czasu z
Wybrzeżem nie chodziło im jedynie o sentymentalny melodramat, lecz o symboliczne
pożegnanie z młodością, Trójmiastem i jego wyjątkową atmosferą dokonań
artystycznych z lat 50., które sami współtworzyli albo byli ich bliskimi
obserwatorami. Pod tym względem skrypt ów stanowił sumę pozytywnych, ale i nostalgicznych
odniesień oraz emocji powiązanych z osobistymi doświadczeniami, tak ważnego
w ich życiu artystycznym okresu współkształtowania dynamicznego i oddziałującego
na cały kraj ośrodka kultury polskiej, jakim było intelektualno-artystyczne
środowisko skupione wokół gdańskiego Wybrzeża.
Tło
wydarzeń było autentyczną częścią życiorysu scenarzystów-aktorów, podobnie jak
postać młodziutkiej cudzoziemki, która odwiedziła ojca, francuskiego dyplomatę przebywającego
na placówce konsularnej w Gdańsku i na szlakach miejskich peregrynacji
napotkała polskiego młodzieńca, który w niej się niespełnienie zadurzył.
Nazywała się Francoise Bourbon, uczęszczała do
wiedeńskiego liceum, a w Trójmieście pojawiła się wakacyjnie, by za chwilę
opuścić Polskę na zawsze.
Miłość nad polskim wybrzeżem jest zwiewna i rześka, jak powiew znad morza,
ma zniewalający i trudny do odparcia urok wakacyjnego afektu. Dlatego rolę romantycznie
zauroczonego po uszy chłopaka powierzono pierwszemu wówczas aktorowi polskiego kina, świeżo
opromienionemu sukcesem powszechnego uwielbienia za rolę Maćka Chełmickiego w
„Popiele i diamencie” Andrzeja Wajdy, czyli Zbyszkowi Cybulskiemu. Postać
Margueritte przypadła niedawnej laureatce konkursu na nową kobiecą twarz
polskiego kina ogłoszonego na łamach czasopisma „Przekrój”, czarownej, nastoletniej
Teresie Tuszyńskiej. W zetknięciu na ekranie obydwu niezwykle pięknych osobowości powstało wrażenie niespotykanego powabu i w publicznej pamięci Zbyszek i Teresa utrwalili się,
jako jeden z niezapomnianych i niepowtarzalnych duetów aktorskich polskiego
kina.
W
sentymentalno-refleksyjnym nastroju wsparł twórców filmu autor muzyki, młody
jazzman-pianista i kompozytor, Krzysztof Komeda-Trzciński. Jego swingujące i nostalgiczne tematy
doskonale wpisały się w ogólny ton obrazu pełnego rozłąki, pożegnania i
niespełnienia.
Na
dobre wyszedł obrazowi unik w kwestiach historycznych i politycznych, choć
niektórzy brali to za wadę filmu, a inni w pożegnalnych tonach filmu widzieli
nawiązania do utraconych złudzeń w erze gomułkowskiej małej stabilizacji, po
pogrzebanych reformatorskich nadziejach związanych z Październikiem 1956 roku. By sprostać wymogom
podkreślenia odrębności dwóch światów, z których wywodzili się bohaterowie
obrazu, do podłożenia głosu Margueritte – z wystarczająco obcym akcentem –
zaangażowano Eleonorę Kałużyńską, pochodzącą z Ameryki aktorkę, ówczesną żonę krytyka filmowego Zygmunta
Kałużyńskiego, związaną - po rozwodzie z nim - małżeństwem z reżyserem Aleksandrem
Fordem. Okazało się to celnym posunięciem, podkreślało odmienność rodowodu młodych ludzi i konkludowało o niemożliwości ziszczenia romantycznych pragnień.
Sceny teatralnych prób, zaangażowanych dyskusji oraz swobodniejszych rozmów w trakcie i po przedstawieniach po trosze rozbijają tok narracyjny głównego wątku obrazu i stwarzają wrażenie pewnej jego niezborności stylistycznej, lecz bez nich widz nie miałby świadomości o tle opisywanej historii i jak ważnym dla zorientowanej społeczności reszty kraju był ferment twórczy dziejący się wśród Trójmiejskiego środowiska kulturalno-artystycznego, dostarczający powiewu świeżego powietrza po duchocie komunistycznej opresji i stanowiący o odskoczni od przaśnego, szaro-burego obrazu polskiej rzeczywistości poststalinowskiej.
„Do
widzenia, do jutra” - zadziwiająco po latach świeże, urzekające dziewiczą
naiwnością, subtelne w sygnalizowaniu emocji, ujmujące naturalnym i
przekonującym dialogiem, melancholijnie sentymentalne w najlepszym tego słowa
znaczeniu. Nadal uwodzi urokiem romantycznej liryki, rozmarza nad zwodniczością
ludzkich emocji, porusza tęsknotą za niespełnionymi marzeniami, ujmuje prostotą
i pięknem spotkania dwojga ludzi. Perła w koronie polskiego kina! _Witek Rusin [8/10]
Do widzenia, do jutra… [Filmweb: 7,6 11,26 K głosów; Imdb: 7,0 od 779 ocen]
* flâner (franc.) – wałęsać
się, chodzić bez celu
Przy tworzeniu powyższego tekstu korzystano z artykułu
„Do
widzenia, do jutra” Marka Hendrykowskiego, 2008,
Akademia Filmu Polskiego.
Z szafy pełnej résumés w 160. znakach:
"Cybulski uwodzi Tuszyńską w okolicznościach Gdańska i teatru rąk Co To. Ponadczasowy powiew niewinnej młodości. Mimo lat nadal zalotne, melancholijne, urokliwe". _tehWuer [🍅 w 89%]