Próbował podpatrywać, wczuwać się w sytuację, nawet rozmawiać z uczestnikami. Wszystkie te działania spełzały na niczym. Wszyscy byli pochłonięci swoim gronem. Duża część tańczyła, reszta zajęta rozmową, nie reagowała zupełnie na otoczenie, zwłaszcza obcą osobę.
Nic mu nie rozjaśniło się w głowie, a ta choć mu na cierpieniu bólowym zelżyła, ale nadal nie odpowiadała niczym pozytywnym na wszelkie zabiegi zrozumienia fenomenu tego właśnie tańca. Wstyd mu się zrobiło i wyjątkowo głupio, gdy po godzinie czy półtorej oczy zaczęły mu się kleić i rozpoczął gwałtowną walkę z nadciągającym znużeniem i potężnym pragnieniem snu.
Wtedy przypomniał sobie o tamtym filmie, który zaobserwował przed dwoma laty: "Cafe de los Maestros" opowiadającym o niezwykłym fenomenie kluczowego tańca argentyńskiego oraz, co niezwykle dziwne, o koncercie Laurie Anderson onegdaj w Paryżu w 1989 roku i jej zafascynowaniu m.in. muzyką Astora Piazzoli. Od niego już krok do bandeonistów - niezwykle ważnych muzyków i instrumentalistów sprzyjających tangu, wręcz dla jego rozwoju nieodzownych. Ta niezwykła pogoń myśli i spiętrzenie skojarzeń nastroiła go pogodniej i czym prędzej powrócił do domu, zasnął, by nazajutrz zacząć dzień od powtórki filmu, muzyki Piazzoli i oczywiście niezapomnianej artystki z Nowego Jorku.
Dzięki ci, Laurie, znowu ty i twoja niezwykła muzyka pomogłyście zagubionej duszy i jak zawsze celnie zainspirowałyście potrzebującego!
9355
9357
9371
9372
9382
9463
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz